Dworzec Wschodni

Kiedyś przejechałem pociągiem trasę Warszawa - Kraków (przez Kielce, wtedy około 5 godzin), nie zamieniwszy z nikim ani słowa. Obiecałem sobie: nigdy więcej! I uciekłem na Wschód.

Z nosem w książkach, magazynach, gazetach, z laptopami na kolanach, ze słuchawkami na uszach. Spojrzenia utkwione w suficie, ścianach, zawieszone na przeskakującym, deszczowym krajobrazie. Pośpiesznie prześlizgujące się po współpasażerach, byleby nie złapać kontaktu wzrokowego. Zaciśnięte szczęki, wargi zagryzane do krwi, żeby tylko nie wydać z siebie dźwięku. W ciągłym napięciu, w matni, w klatce wąskiego, dusznego przedziału.

Tak podróżuje słowiańska dusza, latynosi Europy.

Po pięciu minutach jazdy pociągiem Punjab Mail z Bombaju do Delhi, trzymałem w jednej dłoni ciepły czaj (słodką, mleczną herbatę), w drugiej ostrą samosę (coś w rodzaju trójkątnego pierożka) a na kolanach siedział kilkuletni synek pani z naprzeciwka. Natychmiast pochłonęło mnie tsunami niekończących się pytań. Jak się nazywam? A gdzie żona? Z jakiego kraju? Z Holandii? Bardzo piękny kraj!

Przez wagony klasy sypialnej (Sleeper Class) przewijały się zastępy śpiewaków, żebraków, hidżrów (świętych transwestytów), sprzedawców czaju, samos, orzeszków, wody, plastikowych latarek i pluszowych misiów, kolorowych baloników i lodów na patyku. Punjab Mail żył własnym życiem, tak jakby bombajska ulica zdecydowała nagle zmienić lokalizację i załadowała się zgodnie na pokład tego pociągu. Tworzyły się grupy i podgrupki, trwało w najlepsze dogadywanie, przegadywanie, śmichy, chichy w kilku językach na raz. Brodaci sikhowie z Pendżabu, robotnicy z Bombaju, pielgrzymi, studenci, hindusi, muzułmanie, chrześcijanie. Człowiek na człowieku w ciągłym ruchu, godzina po godzinie, bez wytchnienia.

Tak podróżują Hindusi. Zawsze mnie intrygowało, dlaczego u nich jest tak głośno i radośnie, a u nas tak cicho i ponuro. Podobno kiedyś byliśmy inni, bliżej Wschodu.

Na Dworcu Wschodnim w Warszawie, po tej złej, ciemnej stronie Wisły, tam gdzie jest "tak brudno, że aż bolą oczy", zaczynał się Wschód. Chaotyczny, rozgadany, kombinujący ile wlezie, bo biedny jak mysz kościelna. Warszawa wstydziła się tego miejsca. I jak tu do Europy z takim dworcem? Z setkami takich dworców w kraju, z bagażem zaściankowej Polski B.

Patrzymy na Wschód z nieukrywaną pogardą. Wydaje nam się, że skoro weszliśmy do Unii Europejskiej i w końcu wpuszczono nas na salony, to awansowaliśmy cywilizacyjnie. Wcześniej na granicach Unii staliśmy w kolejkach dla nie-Europejczyków z Hindusami, Afrykanami, Ukraińcami i czuliśmy się fatalnie. Ale pamięć jest krótka.

Tymczasem Zachód już dawno się zorientował, że Azja wstaje z kolan, że warto uczyć się Wschodu. Mówi się, że XXI wiek będzie stuleciem Azji. Tylko, że ten fascynujący kontynent wciąż jest dla nas nieznanym lądem, terrą incognitą, daleką i egzotyczną krainą traktowaną z lekceważeniem. Będę pisał o Indiach bez uprzedzeń. O tutejszej polityce, kulturze, religii i gospodarce. Nie z Polski, ale z samego serca subkontynentu.