Kerala - Wenecja Wschodu

Fot. P. Skawinski
Przez tysiąclecia silne prądy i fale Morza Arabskiego utworzyły barierę wysp u ujść keralskich rzek. Dzisiaj sieć rzek i jezior odgrodzona od morza wielką mierzeją jest jedną z największych atrakcji turystycznych Indii. O wiele ciekawszą niż słynny Tadż Mahal.

Labirynt pięciu wielkich jezior zasilanych przez trzydzieści osiem rzek, połączonych siecią kanałów tworzy w południowej Kerali tzw. backwaters. Tutaj morska, słona woda miesza się ze słodkimi wodami. To kwintesencją duszy Keralczyka, który jest mieszkańcem świata. Tutaj przypływały statki z antycznego Rzymu, osiedlali się kupcy arabscy i żydowscy, aż w końcu przyszedł czas na Portugalczyków, Holendrów i Brytyjczyków. Kolejne fale obcokrajowców nie były wrogimi najazdami. Kupcy zostawali tu na stałe, mieszali się z lokalną ludnością, aż ten tygiel kultur utworzył dzisiejszą Keralę. Prawie każdy w tym stanie potrafi pisać i czytać, niemal każda rodzina ma kogoś za granicą.





Sieć kanałów jest wykorzystywana do irygacji pól uprawnych oraz do transportu surowców wprost do keralskich portów. To prawie 900 km wodnych szlaków. Rzeczne promy są tu codziennością - płyną nimi ludzie do sąsiedniej wioski i dzieci do szkoły.





Dopiero od niedawna rzeczny labirynt stał się atrakcją turystyczną. Kilkudniowa wyprawa luksusową, klimatyzowaną łodzią może kosztować kilkaset złotych. Pięciogodzinna podróż zwykłym promem kosztuje już tylko 10 rupii, czyli sześćdziesiąt groszy.



Wyprawa zwykłym promem jest ciekawsza. W każdej chwili można zejść na ląd, zajrzeć do wioski i zapytać o nocleg. Keralczycy ciekawi są turystów, warto poznać ich bliżej.

Trwa ładowanie komentarzy...